Mieszkanka Brzeźc - Pani Hanna Wala niedawno spisała swoje wspomnienia w "Pamiętniku rodzinnym". Opowieść Pani Hanny jest bardzo przejmująca, przenosi nas do Brzeźc z dawnych lat. Dzisiaj publikujemy wstrząsający fragment "Pamiętnika", w którym Autorka przenosi nas do tragicznego mroźnego styczniowego dnia 1945 roku:

"Siedemnastego stycznia rano, patrzymy na szosę w stronę Pszczyny. Cała droga zapełniona. Jakaś armia szarych postaci sunie drogą, to nie byli żołnierze, nie poruszali się w kolumnie marszowej, to był jakiś nieludzki przemarsz jakby istot nie z tej ziemi, takie odniosłam wrażenie. Posuwali się naprzód jak jakieś roboty. Mróz siarczysty, wiatr dmucha od wschodu, kurzyło śniegiem, widoczność była bardzo zła dlatego nie od razu rozpoznaliśmy co to za zjawy nieludzkie do nas się zbliżają. To szli w ,,marszu śmierci”, skazańcy z Oświęcimia, tak ich wtedy nazywaliśmy.

Esesmani z bronią na ramionach ponaglali ich do pośpiechu. Jak tu pospieszyć w butach drewniakach, brnąc po kolana w zaspach śnieżnych, o głodzie i chłodzie, a w nogach mieli już sporo kilometrów od obozu z którego wyruszyli.

Na końcu jednej z kolumn, parę kroków za wszystkimi szła jakaś matka, trzymając za ręce dwoje dzieci, może osiem jedno z nich miało a drugie dziesięć lat. Miała na głowie zawiązany róg koca, z tyłu dwoma bocznymi rogami trzymając je w rękach, osłaniała dzieci.

Po drodze za nimi, leżało pełno wyrzuconych rzeczy których już nie mogli udźwignąć. Jak któryś chciał załatwić się i kucnął tylko, od razu dostał kulę w czoło. Dlatego przed każdą kolumną jechała furmanka ze wsi, która zbierała te trupy na wóz. Na cmentarzu była wykopana spora dziura do której składano nieboszczyków. Nie wszyscy na tych wozach byli nieżywi. Dzieci jak to dzieci wszędzie się szwendają. Moja siostra najmłodsza, widziała jak przywieziono na cmentarz pełny wóz nieboszczyków a z pośród nich wstała jedna pani, ocknęła się i rozgląda wokół i zapatrzyła się na kościół. Jak tu wkładać do grobu, żywą osobę. Dzieci uciekły ze strachu, a ktoś poleciał po żandarmów, żeby z nią skończyć .

Jakiś więzień postrzelony niedaleko mostu, ocknął się i przez pole, po zamarzniętym śniegu przyszedł do wsi aż na probostwo. Chciał się ukryć w chlewie. Na przeciw chlewa, na probostwie mieszkali żandarmi. Jakiś szpicel im doniósł i zaraz z nim skończyli.

Następnego dnia w marszu pognali samych tylko mężczyzn. W nocy mieli we wsi postój. Nie wolno im było się rozchodzić. Najczęściej szukali odpoczynku na gnoju, bo tam było trochę ciepła. Rano każdy kapo szukał swoich, po sformowaniu kolumny, ruszyli dalej. Widziałam z okna jak złapali jednego zaspanego leżącego na gnojowniku u Marksa. Puszczono na niego psa wilczura, ten schwycił biedaka za kołnierz, przewrócił do tyłu, człowiek uderzył głową o zamarzniętą ziemię, a pies zaczął go targać. (dlaczego w ten sposób zareagowały straże, pytałam wtedy samą siebie, ten człowiek przecież był bezbronny, słaby, po co więc użyto psa i potraktowano go w tak nieludzki sposób. Nie wiedziałam wtedy o jednym, dla Niemców były to tylko obozowe numery, ludźmi byli tylko oni. Wszystko inne na tym świecie było poniżej. To do takich właśnie podłości i nieludzkich zachowań doprowadza wojna, która za każdym razem jest konsekwencją rodzących się skrajności). Kilku więźniów się zabłąkało, ludzie ich przechowali i przetrwali.

Po tych co nie przeżyli pozostała spora mogiła na cmentarzu. 17 bezimiennych męczenników, nieludzkiego systemu, któremu na imię ,,Faszyzm”."

Źródło; Opracowano na podstawie ,,Pamiętnika Rodziny” autorstwa Hanny Wala. W treści zamieszczono drobne zmiany, zachowano piękny język autorki pamiętnika…

www.slonzokporadzi.pl

Konsultacja; mgr inż Tadeusz Galisz (członek rodziny – Hanny Wala).

Copyrights by brzezce.info © 2016. stat4u