W symbiozie z naturą Tradycja i kultura Cisza i spokój Edukacja, sport i zdrowie

Po brzeskim zepłociu (13) Trzynaście wyrw w kościele

Opis tragicznego września 1939 roku, ostrzału kościoła chyba przeszedł już do miejscowej legendy. Chcę go przypomnieć i uzupełnić o jedną cenną relację mieszkanki Brzeźc. Stanowi świetne odświeżenie tego, co można znaleźć w monografii Brzeźc.

Zacznę jednak od opisu przebiegu ostrzału, jaki znalazł się w kronice „Stary dąb” autorstwa Pawła Godźka, gdyż jest najbardziej emocjonalny, świetnie oddziałuje na wyobraźnię… Zdarzenie to miało miejsce 1 i 2 września 1939 roku, a kościół „cudem uniknął całkowitego zburzenia, jak podają naoczni świadkowie”:

Hitlerowcy zauważyli podobno na wieży kościelnej polskiego obserwatora i postanowili zburzyć kościół. W tym celu bombardowały go trzy oddzielne gniazda artyleryjskie: z Wisły, z Czarnych Dołów i z Mizerowa. W pewnej chwili rozgoryczony dowódca mizerowskiej baterii zawołał, nie wiedząc, że jest podsłuchiwanym: Już sześć celnych pocisków wpakowaliśmy w kościół a on jeszcze stoi? Co to jest? I niewątpliwie byliby go zburzyli doszczętnie, gdyby w iście cudowny sposób nie zakryła go olbrzymia czarna chmura dymu. Stodoły i strychy były wtenczas wypełnione zbożem i sianem. Miało co dymić, a wojsko myślało że to kościół płonie.Oprócz szczerb spowodowanych przez niezliczone kule z karabinów maszynowych, stwierdzono 13 potężnych wyrw w murach. Koszt odbudowy kościoła obliczono na 23 do 25 tysięcy marek”.

 

Trzynaście wyrw – magiczna skądinąd liczba… O trudzie w ich usuwaniu mówiliśmy opisując postać księdza prof. Augustyna Godźka, któremu – zrządzeniem losu - przyszło administrować w rodzinnej parafii w wojennym czasie.

 

Niewiele tych szczegółów w relacji Pawła Godźka. Zaledwie kilka zdań – ale rodzą się pytania, wątpliwości… Ciekawskich odsyłam do monografii, gdzie wątek ten historycznie bardziej rozwinąłem. Wypada też dodać, że przez te dwie dekady od momentu opublikowania monografii, doczekaliśmy się dwóch prac poświęconych bitwie pszczyńskiej i tam właśnie znaleźć można wiele interesujących militarnych szczegółów. Polecam te książki: Janusz Ryt, Bitwa Pszczyńska, Pszczyna 2007 (wersja cyfrowa https://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/29989/edition/26899/content?ref=desc) oraz Marian Małecki, Bitwa graniczna pod Pszczyną. Z dziejów wojny obronnej Polski w 1939 r., Pszczyna 2003 (wersja cyfrowa https://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/12180/edition/11125/content).

 

A teraz relacja – znana już poniekąd bo publikowana w internecie – mieszkanki Brzeźc, pani Hanny Wala (był zresztą publikowany w brzezce.info roku temu). Szczerze przyznam, że żałuję, iż nie natrafiłem na nią w momencie pisania monografii, stanowiła by świetne uzupełnienie faktografii, a także opisu pióra Pawła Godźka. Niestety, Ślązacy, także moi krajanie z Brzeźc są leniwi do pióra, raczej preferują – jak Celtowie – opowieści, bajanie przy rodzinnej biesiadzie. Stąd też przewaga przekazów ustnych nad pisanymi. Czyli - „łu nos sie raczyj klacho a niy szrajbuje cosikej ło rychtyk downych czasach, pra...”. Zaczniemy od ks. Ruhnaua i cofniemy się w czasie. Zakończymy opisem zniszczeń wojennych, ale na start rozpoczniemy od pośpiesznej ewakuacji ludności Brzeźc. Nie da się ukryć, że opowieść naocznego świadka (pt. „Pamiętnik Rodzinny”), jakim była pani Hania, ma swój klimat i nieocenioną wartość. Przytaczam ją z nieznacznymi skrótami. Podkreśliłem te miejsca, które odnoszą się do tytułowych wyrw w kościelnym murze (i ostrzału kościoła):

 

Nasz proboszcz już był stary i schorowany [to o księdzu Franciszku Ruhnale - gs]. Umarł biedny za niecały rok od czasu, kiedy to dom modlitwy dla jego parafian został zniszczony. Na szczęście, pozostał u nas z wakacji ksiądz doktor Augustyn Godziek (...) Wojna zamknęła mu drogę i do swojej uczelni nie mógł już powrócić. Zamieszkał u Foksa u swojej siostry, a przy tej okazji zastępował naszego proboszcza. Ksiądz z pomocą parafian nie czekając długo zabrał się do łatania dziur w kościele aby go można było zabezpieczyć i zamknąć.

 

Nasza wioska była chyba ważnym punktem strategicznym... Pamiętam jeszcze przed wojną, co roku odbywały się u nas ostre manewry artylerii. Na Brzeszczoku od wąwozu stawiali armaty i strzelali gdzieś do Warszowic do lasu w Baronioku (tak nam się wydawało). We wsi było wtedy pełno wojska. Jak przyjechali, to za każdym razem badali wodę, i nadziwić się nie mogli, jaką to czystą wodę w naszej wiosce mamy, bodaj najczystszą w całej okolicy. Na naszym podwórku stawiali kuchnię polową i gotowali jedzenie. Jaka to była atrakcja dla dzieci, żołnierze zabawiali dzieciaki, a, że wiedzieli, że we wsi nie za bogato, to i za każdym razem coś do miski dzieciakowi wpadło.

 

Na rok przed wybuchem wojny znów zawitało do nas wojsko. Tym razem kopali wokół naszej wioski okopy i zakładali sieci z kolczastego drutu i tak kopali całe lato aż do wybuchu wojny. Latem, już się na wojnę zanosiło…

 

Pierwszego września 39 r. miała się rozpocząć szkoła, ale, że był to piątek, wakacje, przedłużono do poniedziałku. Ciotki, Agnieszka i Frania wraz rodzinami przebywały w Brzeźcach na Dolinie u ciotki Marysi a naszej potki [chrzestnej], oni już mieli radio. Nikt jeszcze nie wiedział o wybuchu wojny.

 

Wczas rano wybrał się wujek Galisz z ciotką Agnieszką na rowerach po wypłatę do swoich miejsc pracy, do Jastrzębia i do Gogołowej. Tam już był popłoch. Ludzie uciekali, bo front się już zbliżał...

 

Przyjechał wujek do Brzeźców a tu już piechota leży przed zasiekami, i w okopach, gotowa do natarcia na wroga. Nie było chwili do stracenia, szybko spakowali dzieci na rowery i uciekali w stronę Pszczyny. Na drodze już było pełno uciekinierów… Myśmy się tylko patrzyli, skąd to nagle tylu ludzi jedzie. Radia nikt we wsi nie miał. Patrzymy, a tu jedzie żołnierz przez pole na przełaj, przez ziemniaki, przez buraki i woła do taty »Uważajcie na dzieci, bo to wojna«, a myśmy wtedy latali po drodze. Ojciec weteran wojenny woła za nim, »ty bredzisz!«… Po chwili tata patrzy jak na Firgankowym polu w koniczynie leży pełno wojska z karabinami maszynowymi wymierzonymi do boju.

 

»My jesteśmy we froncie!« zawołał tata – weteran. Za chwilę a było to około dziesiątej godziny, jak zaczęły granaty bić. Wojsko miało dobry wywiad z wieży na naszym kościele… Dowódca dał rozkaz wójtowi Paszkowi a mieszkał on koło szkoły, żeby pozganiał wszystkich ludzi ze wsi, kto ma jakieś furmanki, żeby prędko uciekali, ponieważ tu będzie straszny front. Kierował wszystkich w stronę Wisły [Wisły Wielkiej]. Jechali przez wieś nim wszyscy się pozgarniali, i księdza zabrali ze sobą choć już był stary. Dojechali prawie do naszej uliczki, a tu już kanonada się zaczyna. Ze strachu skręcili na zapłoć. Pierwsze wozy prawie dotarły do naszej stodoły jak zaczęło walić. Kto mógł to zeskakiwał z wozu i uciekał, a obok nich padały granaty. Stary Majer w tym strachu porwał taką dużą torbę soli i pędził co sił, do nas do piwnicy. Był już prawie w drzwiach jak padła granata, torba mu się rozerwała, sól się wysypała. On lamentuje nad solą, a nie myślał, że na wozie synka swojego Zeflika zostawił, takie to było zamieszanie.

 

Przed tym atakiem, mama posłała tatę na Dolinę, tam mieli dwa konie, żeby mogli nas zabrać na furmankę. Wojsko taty nie puściło z powrotem. Atak ustał… Cała wieś już jedzie dalej. Wszystkich wyganiają. Mama wzięła wózek, taki z dyszlem powkładała do niego pierzyny. Masło prawie zdziałała, w misce zabrała a cztery świeżo upieczone chleby zostawiła na stole. Dzieci spakowała do wózka okna pozamykała dom zamknęła. Klucz powiesiła nad drzwiami i wyjechaliśmy razem ze wszystkimi. Tata wrócił do domu, klucza nie znalazł. Drzwi z chlewa wymontował, krowy powypuszczał do ogrodu, żeby się nie spaliły. Dogonił nas, jak żeśmy już dojechali na Zarzecze w stronę Czechowic.

 

»Jak to wojsko wiedziało gdzie nas poprowadzić« - siedziałam na furmance i rozmyślałam. Jechaliśmy, nie drogą prosto do Wisły, lecz przez Raszkowice, a kule leciały z obydwu stron nad nami. Za nami od wsi było widać tyle dymu jakby się już cała wieś paliła, ani kościoła nie było widać.

 

W Wiśle u dziadka żeśmy postali, aż nas dojechali z Doliny. Nasz wózek przypięto do ich wozu i już było lżej, pamiętam, cały dzień, od samego rana bez chleba. Strach był taki, że nikt nie odczuwał głodu. Ja miałam 13 lat a Hanka 2 i pół roku. Bardzo płakała… Przed północą dojechaliśmy do Czechowic. Spaliśmy w dużym majątku. Tam był lekarz wojskowy, który tej nocy robił operację Hance. Jakąś gózę miała na słabiźnie. Powycinał pozaszywał, zapakował ranę i ruszyliśmy dalej, przez Andrychów, Wadowice. W sobotę byliśmy już nad Górą Kalwarią. Z drugiej strony, na front jechało wojsko, a my razem z wujkiem w środku, tam nastąpił nalot z powietrza na nasz tabor. Na drodze w jedną stronę jechało wojsko na front a my w drugą stronę. Nastał ogromny tumult, wszystko się przemieszało. Ludzie opuszczali w biegu furmanki i inne powozy i uciekali w stronę wody, bo tam płynęła rzeka. Ostrzegali nas, że Niemcy będą puszczać gazy. Każdy z tamponem siedział nad wodą, bo jak nas pouczano, gazy utrzymują się 10 cm nad wodą… Ataku gazowego nie było, ale wokół nas padał grad kul z niemieckich samolotów, bałam się - to zrozumiałe i sama do siebie mówiłam: »czego oni od nas chcą, przecież my nawet nie mamy się czym bronić?«. Miałam zaledwie 13 lat a życie nakazało mi wydorośleć już, natychmiast. Umysł dziecka nie potrafił ogarnąć tego, czego byliśmy świadkami ...

 

(...)

 

Wróciliśmy do domu w środę pod wieczór. Obok nas domy spalone u Rybaka, u Wuzika, u Saponia, a nasz dom stoi. Mieszkały już u nas te rodziny ze spalonych domów, Wuziki, Ryboki, brakowało starego Kareła, bo w tym czasie był na wojnie. Po powrocie, zastaliśmy wszystko na swoim miejscu. Nic nam się nie straciło, nawet tego chleba jeszcze zostało. Sąsiedzi zostali w tym co mieli na sobie, wszystko doszczętnie spłonęło, nawet się krowy spaliły. Stary Rybak jak odchodził na front, pozganiał krowy do chlewa coby się nie bały i w strachu nie pogubiły. Zagnał bydło do chlewa i powiązał a sam poszedł na Niemca. Jak front się przesunął to stary gospodarz wrócił, zobaczył wtedy spalone krowy, karki miały poprzepalane od łańcuchów… z rozpaczy uklęknął przed nimi i zapłakał - a łzy spadały na otwarte oczy biednej krowy, i wtedy zrozumiałam, na czym polega ludzka rozpacz i żal. Wojna to straszna rzecz, ale czasami potrafi czegoś nauczyć, my dzieci wojny inaczej jako dorośli już ludzie widzimy otaczający nas świat… z wielkim szacunkiem odnosimy się do nawet najdrobniejszych rzeczy… Ludzie w tych czasach już tego nie potrafią. Na Dolinie u ciotki Marysi też było wszystko spalone a jedyna krowa którą mieli leżała zabita na pastwisku.

 

Podczas ataku wroga, bardzo ucierpiał kościół, on był dla Niemców najważniejszym celem. Zdawali sobie sprawę, że kościół to jedyny punkt obserwacyjny w tej okolicy. Gdyby nie gospodarstwo Młynarzowe i pewien szczęśliwy przypadek, to z naszego kościoła pewnie nic by nie zostało. Młynarz mieszkał przed kościołem, od strony linii frontu. Dom otaczały duże stodoły, załadowane zbożem, słomą, i sianem, wtedy był urodzajny rok. – Jak się zaczęły palić te stodoły, chlewy i domy obok, to dym tak szczelnie zasłonił kościół, że Niemcy byli pewni, że wieża już runęła.

 

Chyba Matka Boska uratowała nasz kościół, a i wieża ocalała chociaż była mocno podziurawiona. Jedna z kul przeszyła dzwon na wylot i wyrwała w nim pokaźnych rozmiarów dziurę. Niedługo potem, wszystkie dzwony i ten dziurawy, Niemcy zabrali na wojnę, tak się wówczas mówiło o tych przedmiotach, które przetapiano na armaty i inne rzeczy które miały zamiast ogłaszać, nadchodzący czas mszy, przynosiły ludziom śmierć i cierpienie. Zakrystia była zburzona i ściana kościoła, tam gdzie obecnie stoi ołtarz ,,Serca Jezusowego”. Od strony szkoły duże okno w Prezbiterium było całkowicie zniszczone, a jedna ze ścian była w gruzach. Kościół stał, ale każdy mógł na przełaj przez niego przechodzić. Każdy miał dostęp do Tabernakulum…”

 


Tyle poruszającego opisu początku wojennej rzeczywistości autorstwa pani Hani. Poruszającego zwłaszcza dlatego, że widzimy to wszystko oczami dziecka, które stara się zrozumieć tą przerażającą wojnę i musi szybko wydorośleć.

 

Te słowa przemówiły do mojej wyobraźni tak samo jak pewna fotografia, którą odnalazłem kiedyś w albumie mojej babki Jadwigi. Przedstawiała ogromną wyrwę w kościelnym murze, właśnie od strony zakrystii. Wiedząc, że był prowadzony ostrzał kościoła – bo przecież znałem to z relacji rodzinnych – próbowałem zawsze dojrzeć te rany, których doznała brzeska świątynia. Jednakże zabliźniły się one całkiem dobrze, trudno było je dostrzec. Choć i tak zdarzały się widoczne przez lata ślady, jak te po pociskach z broni maszynowej, widoczne na ścianie prezbiterium, które przez lata obserwowałem (i usiłowałem policzyć) jako ministrant. Cenna pamiątka, pozostałość tego tragicznego czasu.

 

Nawet nie wiem, czy jeszcze się ostały te ślady po tamtej wrześniowej bitwie obronnej pod Pszczyną. W każdym razie wieża kościoła na pewno nosiła w sobie głębiej pewne urazy – dopiero ostatni remont skutecznie wzmocnił jej nadwątloną przez wydarzenia wojenne konstrukcję. Ile to wysiłku kosztowało, wiedzą sami brzeźczanie i ich poprzedni proboszcz Karol Matera. To chyba był ostatni moment, by taką próbę ratowania kościoła podjąć. A mogło być za późno. Poprzednicy jakoś nie chcieli się zmierzyć z tematem, świadomi chyba jego ciężaru (także i finansowego, ale też odpowiedzialności za pomyślny przebieg całości). Dziś można już powiedzieć – udało się. Kościół stoi i zachwyca. Dożył stu lat i dalej dumnie góruje nad okolicą – niebo raniąc swą wieżycą, jak pisał jakiś miejscowy poeta…

 

Grzegorz Sztoler

 

Cytowanie wspomnień p. Hanny Wala za portalem brzezce.info

 

Źródło: Opracowano na podstawie ,,Pamiętnika Rodziny” autorstwa Hanny Wala. Konsultacja; mgr inż Tadeusz Galisz (członek rodziny – Hanny Wala). Tekst oryginalny jest dostępny na stronie: http://www.slonzokporadzi.pl/…/historii-zywota-naszego-dzi…/

 

Zdjęcie pochodzące z albumu śp. Jadwigi Lazar z domu Godziek - babki Grzegorza Sztolera - autora cyklu "Po brzeskim zepłociu"

 

 

 

Autorka wspomnień, pani Hanna Wala, w drodze z kościoła w czasie brzeskiego odpustu.

O Autorze cyklu "Po brzeskim zepłociu":

Grzegorz Sztoler -

Urodzony w 1973 roku w Pszczynie. Doktor nauk humanistycznych (2009), historyk archiwista. Zajmuje się historią Górnego Śląska, zwłaszcza ziemi pszczyńskiej. Zawodowo związany z „Dziennikiem Zachodnim” jako archiwista, poza tym jest niezależnym publicystą, autorem, współautorem i redaktorem książek o tematyce regionalnej, poświęconych z reguły historii małych ojczyzn (współpracuje z historykami amatorami). Regularnie publikuje w miesięczniku „Śląsk” oraz „Dzienniku Zachodnim” (w latach 2012-2014 cykl felietonów Spacerkiem po ziemi pszczyńskiej).

Uprawia następujące gatunki: reportaż, felieton, esej. W przypadku prac naukowych posługuje się kanonem naukowym z chęcią łamania go w kierunku publicystyki historycznej. Najczęściej podejmowana tematyka w utworach literackich (od felietonu po reportaż): wszystko, co na Górnym Śląsku odnaleźć można w relacjach: człowiek, lokalność, jego świat, problemy, swojskość-tutejszość.

W 2003 roku otrzymał stypendium Ministra Kultury RP na realizację własnego programu z zakresu upowszechniania dóbr kultury obejmujący m.in. wyjazd badawczy do Nowego Jorku, a także publikację zbioru reportaży pt. Ścieżki Śląskie (2004). Pozycja została zdigitalizowana w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej. W latach 2010-2014 wyróżnienia w konkursach na jednoaktówkę po śląsku, konkurs Imago Public Relations i „Gazety Wyborczej”. Należy do Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego. - źródło: http://www.slaskgtl.pl/sylwetka/274

 

 

Copyrights by brzezce.info © 2016. stat4u